piątek, 3 kwietnia 2015

Odchodząc

Witam Was serdecznie!

Wczorajszy dzień do najmilszych nie należał z powodu ilości łez. Chociaż, czasem śmierć potrafi być zbawienna...

Boli to, że odchodzi osoba, która była bliska, szczera, kochana... Ale też bolało, kiedy widziało się, że marnieje w oczach. Trzęsące ręce, słuch już nie ten...

Ale... Nie zapomnę tego przytulenia 26 lutego, w moje urodziny. Jako jeden z niewielu złożył mi w ten dzień szczere życzenia. Heh, to przecież on nauczył mnie, jak się robi grog. Nie zapomnę jak mówił ile czego, do czego i dlaczego. Nigdy nie był "kościołowy", podzielał moje zdanie na temat księży. Szkoda, wielka szkoda, ale...

Lepiej. Jest lepiej... przecież już się nie męczy.
To nieludzkie.


Godna śmierć?!

Jeżeli agonia, ból i wszystko co najgorsze możemy nazwać godną śmiercią, to nie chcę myśleć, co się kryje pod terminem "niegodnej śmierci"...


Ja nie chcę tak żyć.
Nie chcę tak umierać.



Wierzaj mi, że wolę oddać swą duszę, skazać się na wieczne potępienie, niżeli nie móc ruszyć dłonią; niżeli nie móc zasnąć tak, jak dawniej.
Nie boję się śmierci... Po prostu nie mogę znieść przeświadczenia o ułomności swego ciała - być nieśmiertelnym, dotknąć gwiazd i posmakować słodyczy gromu.
Tak wielkie pragnienie jest niezdrowe, ale... przecież trzeba do czegoś dążyć w życiu.
Prawda?










Nie pociesza mnie fakt, że życie gaśnie we mnie z każdą sekundą... Tak jak w każdym z nas, zresztą.