sobota, 28 listopada 2015

Lorelei recenzuje #2: pierwsze zakupy na CzaryMary.pl

Witam Was serdecznie,
mam kilka zaplanowanych postów, a okropnie mało czasu na pogodzenie wszystkiego, szczególnie pasji z pracą i problemami zdrowotnymi. Wydaje mi się, jakbym co chwila zmieniała drogę, za bardzo idąc w daną stronę, ale mam nadzieję, że chociaż to ostatnie odpadnie za kilka miesięcy, kiedy położę się na oddział. Mam głupią nadzieję, że zostanę w końcu zdiagnozowana, ale z drugiej strony się tego boję...
Ale może o tym kiedy indziej...

   Ostatnio pisałam o zbliżającej się opinii na temat zakupów na stronie CzaryMary.pl. Także wywiążę się z danej Wam obietnicy.
   Zacznijmy od tego, że śledzę ten sklep od bardzo dawna i mam już tak długą listę zakupów jak litania do Wszystkich Świętych. Zawsze jednak brak w danym momencie pieniędzy, albo po prostu nie mam czasu... Ostatnio po bodajże dwóch latach zaglądania, zdecydowałam się zrobić tam swój pierwszy i na pewno nie ostatni zakup!
   Może i ten czas znów by się przedłużył, ale prezent urodzinowy dla mojej najlepszej przyjaciółki nie mógł być kupiony byle gdzie. Rok temu kupiliśmy jej (ja z moim narzeczonym) piękną kolię i kolczyki, więc stwierdziłam, że kupowanie co roku biżuterii może stać się nudne i przydałoby się coś innego, ale w jej klimatach, które nie odbiegają zbyt od moich. Sprawianie takich prezentów to wręcz przyjemność!



   Ten zegar okropnie mi się spodobał. Miał (miauu :3) w sobie ten gotycki klimat, magię i niesamowitą grafikę Lisy Parker, którą uwielbiam.
   Powiem szczerze, że obawiałam się jedynie kolorów. Na stronce zdjęcia poglądowe są dość ciemne i bałam się, że kolorystyka zegara będzie dość szarawo-mdła, ale stwierdziłam, że warto zaryzykować, bo naprawdę się w nim zakochałam.



   Nie zawiodłam się. Zegar ma o wiele głębsze kolory niż na zdjęciach poglądowych, co niewątpliwie podnosi jego estetykę o kilkanaście punktów.
Jedyne co mogę zarzucić bardziej twórcom zegara, niż internetowemu sklepowi to te cholerne wskazówki, które trzeba dokręcać. Miałam z tym niemały problem, przyznam szczerze.
   Wskazówki były rzecz jasna zabezpieczone, co zresztą widać na zdjęciach (kolejny plus), ale musiałam je dokręcić, gdyż były luźne. Pewnie jest to jakaś forma ochrony przed uszkodzenie w magazynie, czy coś takiego, ale dokręcanie tego było katorgą... Szczególnie, że dokręciłam najpierw za mocno wskazówkę minutową i zamiast jednej minuty robiła od razu trzy. Ustawienie godzinowej też do łatwych nie należało...
   Ale po jakiejś godzinie powiedzmy, że to zrobiłam.








   Przejdźmy do czasu realizacji zamówienia. Przesyłkę dostarczono do mnie w dwa dni, nawet nie... Zamówienie złożyłam w niedzielę wieczorem, a paczuszka była już u mnie we wtorek. Jak dla mnie to okropnie szybko.
   Co do zapakowania produktu brakowało mi jedynie folii bąbelkowej bym mogła być w 100% usatysfakcjonowana, ale całe szczęście nic złego się nie stało przy transporcie. Po prostu sam kartonik mógłby nie ochronić zegara w wystarczający sposób, a z doręczycielami bywa różnie... Jedna warstwa folii jest naprawdę w stanie czynić cuda i uratować produkt przed naprawdę głupimi uszkodzeniami.





   Nie myślałam, że kupując pierwszy raz w tym sklepie i do tego nie robiąc Bóg wie jakich zakupów, tylko kupując jedną rzecz dostanę reklamową wypraweczkę, czyli marketingowe malutkie gratisiki. które nie są nie wiadomo czym, ale okropnie cieszą kupującego.









   Nie wiem jak Was, ale mnie naprawdę radują takie rzeczy. Nawet jak dostaniesz w tej paczuszce mnóstwo ulotek o czarnej paście do zębów, albo syntetycznej krwi dla wampirów, to to jest fajne! Mam mnóstwo takich pierdołków z różnych sklepów, ale najbardziej lubię zakładki do książek i co...? CzaryMary.pl przysłało mi trzy zakładeczki za co ich kocham jeszcze bardziej!
   Do tego złożony list, którego treść jest tak magiczna i po prostu klimatyczna, że nie mogłabym jej tu nie przytoczyć chociaż we fragmencie:
"Niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, właśnie spełnia się Twoje pierwsze, złożone w naszym magicznym sklepie zamówienie.
Wraz z zakupami, przekazujemy Ci mnóstwo pozytywnej energii oraz kupon rabatowy o wartości 10 zł na kolejne zakupy, który znajdziesz na karcie dołączonej do tego listu.
CzaryMary.pl to wyjątkowe miejsce, gdzie całe zastępy aniołów, brygady krasnali, stada jednorożców i innych magicznych żyjątek pracowicie działają, aby spełnić każde Twoje życzenie. Tutaj znajdziesz wiele inspirujących produktów, które mogą zmienić Twoje życie." Prawda, że cudowne?















   Od razu człowiek się uśmiecha, czytając coś takiego.
   No i kupon, wiadomo, przyda się. Zresztą planuję większe zakupy. Na pewno sprawię sobie CzaroMarownik (jeżeli poszukujecie fajnego i klimatycznego kalendarza w książkowej formie, to z całego serduszka Wam go polecam, link TUTAJ) i trochę białej szałwii (kupuję ją od trzech lat i kupić nie mogę...)


Moja ocena:

  • obsługa sklepu/czas realizacji zamówienia: ★★★★★
  • zapakowanie przesyłki: ★★★★☆
  • podejście do nowego klienta: ★★★★★
  • ogólnie o produkcie: ★★★★★
  • wykonanie: ★★★★☆





Jak najbardziej polecam Wam ten sklep :) W asortymencie mają nie tylko czarodziejskie akcesoria, ale ciekawe książki, poradniki, naturalne kosmetyki, gadżety i akcesoria do wystroju wnętrz, a wszystko w dobrych cenach :)
Ja na pewno jeszcze tam nie raz zajrzę!
Piszcie, czy znałyście/znaliście ten sklep wcześniej i co o nim sądzicie...



Do następnego, wampirki! Trzymajcie się ciepło!





sobota, 21 listopada 2015

Co ma wspólnego Tuwim z makijażem, czyli sztuka zlewania niepochlebnych komentarzy

Witam Was serdecznie,
post ten miał pojawić się tu z jakiś tydzień temu, ale w poprzedni weekend gościłam w Bydgoszczy, także przesunęło się to nieco w czasie... W planie mam post recenzencki o moich pierwszych zakupach na CzaryMary.pl oraz następny o dwóch obuwniczych perełkach złowionych za grosze. Być może coś z tego pojawi się tu nawet jutro.

   Teraz jednak chciałam poruszyć temat dobrze znany każdej alternatywnej czy po prostu innej od ogółu społeczeństwa osobie.

   Ile razy spotykaliście się z jakimiś przytykami, niepochlebnymi komentarzami czy niby "zwykłymi" radami, kierowanymi w Waszą stronę, które miałyby niby odnosić się do Waszego stroju, makijażu, ogólnie rzecz biorąc wyglądu?

   Taa... to prawie niczym pytanie retoryczne, bo każdy z Was i ja znamy odpowiedź.

   Ogólnie rzecz biorąc jakoś mnie to nie rusza. Miałam już dość dużo czasu by się przyzwyczaić do bezpodstawnej krytyki. Ale też to nie jest do końca tak, że się nie przejmuję opiniami innych ludzi.
   Ostatnio miałam okazję przeczytać pewną dyskusję, która wynikła z błahego tematu na pewnej facebookowej grupie. Kilka komentarzy trafnie wpisałoby się w ten post.
   Sztuką nie jest "zlewanie" tego, co mówią o Tobie... Sztuką jest wysłuchanie tego, przetworzenie, przewartościowanie i wtedy ewentualne "zlanie" sytuacji.
   Dlaczego?
   To nie wynika z szacunku, broń Lucyferze! Tylko z czysto ekonomicznych pobudek.
   Oczywiście jak jakaś osoba cały czas chce Ci dopiec i mówi bzdury na Twój temat to po co masz się tym przejmować - po prostu wzrusz ramionami i tyle.
   Ale mi chodzi o to, że czasem słowa, które mówią te osoby mogą Ci się najzwyczajniej w świecie przydać. Hmm, np. jako ciekawa anegdota, albo jako broń przeciwko tej osobie.
   Ja z reguły nie lubię wdawać się w ostre dyskusje, bo znam samą siebie i wiem, że mogłoby to się skończyć naprawdę ostro, gdyż zaciekle bronię swego zdania (lecz toleruję zdanie innych) i nie lubię dyskusji z mentalnymi ścianami, które nie potrafią zrozumieć, że ktoś może inaczej patrzeć na daną sytuację czy sprawę, a jeszcze bardziej nienawidzę hipokrytów, ale to temat na kiedy indziej.

   Ale wróćmy do tematu...
   Załóżmy, że spieszysz się rano do szkoły/pracy/gdziekolwiek i z braku czasu przeoczysz, że na ustach zostały Ci ślady po paście do zębów. Jak ktoś, nawet może nie aż tak miło, skomentuje to, to chyba nie wpuścisz tego jednym uchem, a wypuścisz drugim, prawda? Takie komentarze są przydatne, ale nie o takie mi chodziło.

   Nie wiem jak dla Was, moi drodzy, ale dla mnie liczy się opinia najbliższych mi ludzi, którzy znają mnie, moją osobowość i mój styl i też go lubią oraz cenią mnie za kreatywność i oryginalność. Mam tu na myśli w pierwszym rzędzie moją mamę, narzeczonego i najlepszą przyjaciółkę. To jest ta wielka, święta trójca, której opinie są dla mnie najważniejsze, ale też nie do końca.
   Czemu?
   Bo czasem najnormalniej w świecie się nie zgadzamy... Czasem musimy się oswoić z daną myślą... (Ja z tym, że mój ukochany chce wygolić boki *smuteczek*, a on, że kiedyś *w nieco dalszej przyszłości* chcę zrobić tatuaż na nodze). To ludzka rzecz i tyle.

   Ale co jest najbardziej denerwujące? Ooo... już Wam spieszę z odpowiedzią!
   Najbardziej denerwuje, kiedy osoby, które nawet się z Tobą nie kumplują komentują, ba (!) doradzają Ci jak masz wyglądać, a jak nie... Opinie szczerze mówiąc mnie nie ruszają, ale jak ktoś próbuje mi wmówić, że tak wyglądałabym lepiej niż teraz to odzywa się we mnie morderca psychopata, który chciałby tylko "porozmawiać" na osobności, najlepiej w jakiejś ciemnej, dźwiękoszczelnej piwnicy.
   Jakby to byli nieznajomi - eee tam! Ale są to ludzie, których nie znasz tak naprawdę. Znacie się tylko z widzenia i uważają, że mogą dawać Ci pseudo przyjacielskie rady, które mają Ci pomóc, bo przecież to takie miłe. Cóż za nonsens!

   Naprawdę nie ruszają mnie osoby, które próbują mi wmówić, że w kolorach byłoby mi lepiej (jakby czarny nie był, do diabła, kolorem...), albo w szpilkach, czy w czymś jeszcze innym, co nie jest w moim stylu, ale przyczepianie się do mojego makijażu jest czymś czego nie zdzierżę w takiej formie, jaka została mi ostatnio przedstawiona.
   Nadmienię tylko, że zazwyczaj spotykam się z miłymi komentarzami na temat mojego makijażu, który jest potwornie minimalistyczny w porównaniu do makijażu typowej 18/19-latki. Nigdy nie lubiłam nakładać na siebie tony podkładu. Był czas, że w ogóle go nie stosowałam, bo mam skórę dość skłonną do alergii, ale po odkryciu dobrego fluidu stosuję go raczej codziennie, nakładając niewielką ilość na twarz. Co do szminek - nie lubię. Po prostu uczucie lepkości czy obecności czegoś tłustego na ustach nie jest dla mnie. Dopiero w sierpniu przekonałam się do pomadek, ale tylko do matów od Bourjois. Jedynym pełnowartościowym makijażem, który jest moją domeną, są oczy, a raczej po prostu kreska pod oczami... Nie robię jej nad okiem, tylko pod jak również od wewnętrznej strony dolnej powieki, przedłużając ją dość daleko. Po prostu taki mam styl i rozumiem, że komuś może się to nie podobać - szanuję to i tyle, każdy z nas ma inny gust...
   Ale na litość! Czy naprawdę jak ktoś zacznie głupio pytać czemu robię tak a nie inaczej i skomplementuje moje oczy bez kredki, to myśli, że z dnia na dzień przerzucę się na brak kresek?





   Sytuacja prosto z mojego nudnego życia:
   Często nie mam czasu rano, gdyż o 6:38 mam autobus do szkoły. Po prostu nie mam kiedy pomalować oczu, a i tak w szkole jestem 7:15/7:20, gdzie prawie nikogo nie ma... Wtedy mam czas,  żeby pomalować oczy w szkolnej łazience.
   Pewnego razu do łazienki weszły moje dwie znajome z równoległej klasy... Nie kumplujemy się, po prostu się znamy, czasem zamienimy ze sobą parę zdań - tyle. W sumie to nie wiem po co tam przyszły, bo usiadły przy ścianie i zaczęły komentować proces powstawania moich kresek (aż z tego wszystkiego trochę wyjechałam...). Musiałam odpowiadać na pytania a po co to tak, a dlaczego... ehh, niech wszyscy Bogu czy czemuś innemu dziękują, że byłam wtedy dość zaspana, bo inaczej nie ręczyłabym za siebie. Pytanie czy lubię się tak malować rozwaliło mnie na czynniki pierwsze.
   Niee... Nie lubię takich wyrąbiście długich kresek, ale robię je, bo tak... no nie wiem, dla picu, czy coś.
   Po tym usłyszałam, że moje rozmówczynie by połowę tego co mam na oku już dawno zmazały i teksty w stylu "ładniej ci bez tego" bla bla bla...
   Kilka dni później, może nawet po tygodniu, zaczęła mi się kończyć kredka, ale nie miałam czasu odwiedzić Rossmanna (był wtedy czas na promocje kredek) i miałam to uczynić na dniach. Pech chciał, że moje znajome zauważyły już w autobusie mój minimalizm i oszczędność na kredce (serio, leciałam już na milimetrze i rypałam się bardziej plastikiem niż kredką po oku). Nie wiem, może myślały, że ich teksty na mnie podziałały, czy jaka cholera...
   "Ooo, ale ładnie dziś wyglądasz!" - usłyszałam. Nie powiem, miły tekst. Podziękowałam i od razu tego pożałowałam, gdy usłyszałam drugą część wypowiedzi. "Jaka malutka kreseczka... jak pięknie!". Zrobiłam grobową minę i nie miałam ochoty wdawać się w dyskusje w autobusie. W każdym razie, odpowiedziałam, że jak same zresztą wiedzą, lubię długą kreskę i nic się w tej kwestii nie zmieniło, a poza tym mój narzeczony też lubi sposób w jaki się maluję. Po tym usłyszałam, że on się nie zna (czyli z treści wypowiedzi wychodzi, że ja też) i one wiedzą lepiej, no i że z malutką kreską wyglądam o wiele korzystniej i bardziej kobieco (what?!).





   Szczerze? Słyszałam w życiu gorsze rzeczy i na pewno będę je nadal słyszeć... Nie poruszyło mnie to jakoś, ani nie oburzyło, zasmuciło, czy wkurzyło. Jedyne co ta sytuacja we mnie wzbudziła, to irytację, gdyż nie potrafię zrozumieć, jak można komuś wmawiać, że coś do niego pasuje, a coś nie, jeżeli nie znamy danej osoby. Rozumiem, gdybym nie potrafiła dobrać sobie koloru fluidu, czy nieumiejętnie bym go rozsmarowała (co widuję na co dzień u niejednej osoby).
   Może, gdyby tyczyło się to innej sfery mojego wyglądu odebrałabym to inaczej i nawet nie wywołałoby to we mnie krztyny irytacji...
   Po prostu kreska na oku jest dla mnie ważna i nienawidzę, jak ktoś coś do tego ma. Chodzi tu o wspomnienia z gimnazjum, a raczej o walkę o kreskę między mną a nauczycielami (nie, raczej między mną a wychowawczynią i dyrektorką). Bardzo denerwowało mnie to, że młodsze dziewuszki mogą łazić jak lafiryndy do szkoły (tj. obcasy, mini, różowy make-up etc), a ja nie mogę lekko pojechać po dolnej powiece kredką. Hm, szczerze mówiąc, to nawet nie był makijaż, a czerni to wcale nie przypominało. Raczej szary odcień, nawet o milimetr nie wyjeżdżał poza oko.

   Pamiętam dość ciekawą i zarazem śmieszną historię.
   W bodajże III klasie gimnazjum mieliśmy zajęcia artystyczne, na których każda grupa miała przygotować strój związany z prędzej wylosowaną epoką. Chyba coś nade mną czuwało, bo wylosowaliśmy Starożytny Egipt, który od zawsze był moją inspiracją. Ja miałam być "modelką" i to w sumie ja tylko się czymkolwiek zajęłam w tej grupie, bo wszyscy mieli to gdzieś. Zrobiłam sobie typowe, egipskie kreski. Oczywiście po lekcji mieliśmy doprowadzić się do normalnego stanu, ale musiałam polecieć po plecak do klasy. Pech chciał, że zaczęła się przerwa, a ja z prędkością światła zlatywałam po schodach na piętro w dół, a zaraz znów w górę do łazienki. Zmyłam makijaż i tyle... Za kilka lekcji mieliśmy polski czy tam godzinę wychowawczą.
   - No... pierwsze co słyszę, jak wchodzę do szkoły, to jakie Judyta ma dziś kreski na oczach!
   Zaczęłam się śmiać... Bo trudno było zrozumieć po długim wyjaśnianiu, że to była część zajęć artystycznych.


   I wiecie co, naprawdę i błagam Was o to z całego serca... Nie dajcie się takim złośliwościom i opiniom, które może i nie są zbyt przyjemne, ale z całą pewnością są wielkim stekiem bzdur.
   Wyglądajcie inaczej, wyróżniajcie się i pokażcie tym wszystkim przeciętniakom, że inne nie znaczy gorsze.
   ... bo czasem jak tak tego słucham, to wydaje mi się, że oni wszyscy chcą nas na siłę wtłoczyć w tę szarą rzeczywistość i żebyśmy byli tacy jak oni - nijacy.
   Nie chodzi mi o to, że jak ktoś wygląda względnie normalnie jest zły i nijaki... ale jak zachowuje się jak twór skorumpowanego systemu, to przepraszam Was, ale inaczej nazwać tego nie mogę...


   Dlatego wyprostujcie się, spójrzcie z siłą i poczuciem swej wartości przed siebie, wyciągnijcie środkowy palec i zacytujcie słowa Juliana Tuwima, który ujął ten temat perfekcyjnie:
   "Całujcie mnie wszyscy w dupę"
   ... uśmiechnijcie się i przyjmijcie laur zwycięstwa.
















Nuta na dziś:

sobota, 7 listopada 2015

Hello November - czyli kilka słów o ulubionym miesiącu wszystkich dekadentów

Witam serdecznie,

klawiatura umarła śmiercią długą i powolną... agonia trwała miesiącami. Od dwóch klawiszy, do ośmiu w tym momencie.
Uwierzcie, dziwnie wygląda laptop z podłączoną przez przejściówkę starą klawiaturą... Nie potrafię na tym pisać, zresztą... Ale nie wytrzymałabym bez bloga, a mam potrzebę napisać tu choć kilka zdań.

   Chciałam się dziś podzielić z Wami moimi refleksjami na temat listopada.
   Jest to jeden z moich ulubionych miesięcy, mimo że nie służy mojemu zdrowiu. Wszechobecna wilgoć, deszcze, itd. okropnie wygina i zgina moje póki co niezdiagnozowane stawy, które płaczą z bólu. Ale to całkiem inna historia.


źródło: tumblr



   Ludzie nie potrafią zrozumieć mojej platonicznej miłości do tego miesiąca. Zawsze patrzą na mnie tak, jakbym mówiła, że lubię jeść kocią karmę. Znam osoby, które lubią jesień. Nie, nie listopad tylko jesień. Wiem, że to powinno się ze sobą łączyć, ale dla nich są to dwa zupełnie inne pojęcia, jak woda i ogień. Jesień to dla nich pomarańczowe słoneczko, suche lasy z grzybami i kolorowe liście, które pięknie wyglądają na tle zachodzącego słońca. Jednym zdaniem - złota polska jesień.

   To nie dla mnie... Wolę inne klimaty. I tu wcale nie chodzi o mhhhroczność listopada (no dobra, może trochę). Większe znaczenie ma dla mnie panująca aura i ten nastrój, który przynosi z wiatrem pełno myśli.


źródło: tumblr



   Przechodzisz chodnikiem i czujesz, jak mikroskopijne kropelki wody osiadają na Twoich włosach.    Słuchasz muzyki, która nie nadaje się na słuchanie w słoneczne dni. Może jest nieco depresyjna, ale harmonijnie współgra z kroplami deszczu, uderzającymi o parapet w jednostajnym rytmie.
   Herbata nie jest tylko herbatą, ale zaczyna być ostoją, w której rozpływa się nieuzasadniony strach i przerażenie.

   Nie wiem jak Wam, ale mi zawsze towarzyszy w tym czasie niepokój... "jaskółczy niepokój"... Lepiej przyswajam wszystkie książki, a wena zaczyna się budzić i powstaje jak wampir z wiekowej trumny. Czuję przygnębienie pomieszane z lękiem, bólem i intrygującą przyjemnością, płynącą ze spokoju z niewiadomych źródeł.
   To tak, jakbyś zamknął się na amen w pustym pokoju opuszczonego domu. Boisz się, ale to wszystko jest tak intrygujące, że wywołuje w Tobie jakiś niepohamowany rodzaj ekscytacji, porównywalnej z wypiciem butelki dobrego wina.


źródło: tumblr



   Może i staję się wtedy bardziej płaczliwa, albo bardziej depresyjna, ale lubię ten stan wielkiej niewiadomej w mętliku myśli. Zastanawiam się nad sprawami, nad jakimi nie zastanawiam się w innym czasie. Żałuję często, że nie mam przy sobie notesu, bo czasem wbija mi się w umysł jakieś zdanie, jakieś strofy, których nie mam jak zapisać... Potem to gdzieś ulatuje. Jest tak samo ulotne jak mgła, jak deszcz, jak ta aura...

   Myślę, że wielu z Was mnie zrozumie... że wielu z Was też czuje w sobie wyciszenie i ambiwalentne emocje podczas spaceru listopadową porą...
   Tu nie chodzi o to, że wszystko umiera i jest szaro, jest mhrocznie...
   Tu rozchodzi się o to, co dzieje się wtedy w naszych sercach i umysłach. Ten stan przeżywany raz do roku, przez cholerne 31 dni... Listopadowa aura - Listopadowy deszcz - Listopadowa mgła - Listopadowy sen...




Kolejne liście przydeptane błotem tworzą liryczny erotyk o nas samych, skąpanych w listopadowej szarości. Nie wiemy jak umrzeć i nie wiemy jak żyć. Przez nasze serca przetacza się korowód (niby)istnienia, wygrywający dysonanse uczuć. Wszystko pociemniałe, pomarznięte, pocięte... Ścięte róże ułożone pod płotem na kamieniu. Czy ktoś tu umarł? Jeszcze nie... To miejsce cichych ślubów i pogrzebów. Każdy pocałunek weselem, a pożegnanie rozpaczliwym pogrzebem, a wszystko okraszone nudą wszechczasów.
Dziś nie erotyk, lecz epitafium tworzę dla umarłych poetów.
Na imię mieli Mgła i Deszcz, a ich matką była Jesień. Raz na zawsze zapisali się na kamiennej płycie mego życia w taki sposób, że nie sposób im nie podziękować. Szczególnie za chorobę afektywną sezonową i dwubiegunową...
Piję więc dziś herbatę oczyszczenia. Wiatr uderza w me okno...
i nawet sam Szatan, którego widzę w cieniu płaczących wierzb, spuszcza głowę i roni łzę nad tym przeklętym losem.
- Szkice jesienne (tytuł roboczy), Judith Lorelei Van Salem.




źródło: tumblr





Mam nadzieję, że wyrazicie swoje zdanie na poruszony przeze mnie temat.
Pozdrawiam Was cieplutko, wampirki...











Idealna nuta na listopadowe wieczory...