sobota, 7 listopada 2015

Hello November - czyli kilka słów o ulubionym miesiącu wszystkich dekadentów

Witam serdecznie,

klawiatura umarła śmiercią długą i powolną... agonia trwała miesiącami. Od dwóch klawiszy, do ośmiu w tym momencie.
Uwierzcie, dziwnie wygląda laptop z podłączoną przez przejściówkę starą klawiaturą... Nie potrafię na tym pisać, zresztą... Ale nie wytrzymałabym bez bloga, a mam potrzebę napisać tu choć kilka zdań.

   Chciałam się dziś podzielić z Wami moimi refleksjami na temat listopada.
   Jest to jeden z moich ulubionych miesięcy, mimo że nie służy mojemu zdrowiu. Wszechobecna wilgoć, deszcze, itd. okropnie wygina i zgina moje póki co niezdiagnozowane stawy, które płaczą z bólu. Ale to całkiem inna historia.


źródło: tumblr



   Ludzie nie potrafią zrozumieć mojej platonicznej miłości do tego miesiąca. Zawsze patrzą na mnie tak, jakbym mówiła, że lubię jeść kocią karmę. Znam osoby, które lubią jesień. Nie, nie listopad tylko jesień. Wiem, że to powinno się ze sobą łączyć, ale dla nich są to dwa zupełnie inne pojęcia, jak woda i ogień. Jesień to dla nich pomarańczowe słoneczko, suche lasy z grzybami i kolorowe liście, które pięknie wyglądają na tle zachodzącego słońca. Jednym zdaniem - złota polska jesień.

   To nie dla mnie... Wolę inne klimaty. I tu wcale nie chodzi o mhhhroczność listopada (no dobra, może trochę). Większe znaczenie ma dla mnie panująca aura i ten nastrój, który przynosi z wiatrem pełno myśli.


źródło: tumblr



   Przechodzisz chodnikiem i czujesz, jak mikroskopijne kropelki wody osiadają na Twoich włosach.    Słuchasz muzyki, która nie nadaje się na słuchanie w słoneczne dni. Może jest nieco depresyjna, ale harmonijnie współgra z kroplami deszczu, uderzającymi o parapet w jednostajnym rytmie.
   Herbata nie jest tylko herbatą, ale zaczyna być ostoją, w której rozpływa się nieuzasadniony strach i przerażenie.

   Nie wiem jak Wam, ale mi zawsze towarzyszy w tym czasie niepokój... "jaskółczy niepokój"... Lepiej przyswajam wszystkie książki, a wena zaczyna się budzić i powstaje jak wampir z wiekowej trumny. Czuję przygnębienie pomieszane z lękiem, bólem i intrygującą przyjemnością, płynącą ze spokoju z niewiadomych źródeł.
   To tak, jakbyś zamknął się na amen w pustym pokoju opuszczonego domu. Boisz się, ale to wszystko jest tak intrygujące, że wywołuje w Tobie jakiś niepohamowany rodzaj ekscytacji, porównywalnej z wypiciem butelki dobrego wina.


źródło: tumblr



   Może i staję się wtedy bardziej płaczliwa, albo bardziej depresyjna, ale lubię ten stan wielkiej niewiadomej w mętliku myśli. Zastanawiam się nad sprawami, nad jakimi nie zastanawiam się w innym czasie. Żałuję często, że nie mam przy sobie notesu, bo czasem wbija mi się w umysł jakieś zdanie, jakieś strofy, których nie mam jak zapisać... Potem to gdzieś ulatuje. Jest tak samo ulotne jak mgła, jak deszcz, jak ta aura...

   Myślę, że wielu z Was mnie zrozumie... że wielu z Was też czuje w sobie wyciszenie i ambiwalentne emocje podczas spaceru listopadową porą...
   Tu nie chodzi o to, że wszystko umiera i jest szaro, jest mhrocznie...
   Tu rozchodzi się o to, co dzieje się wtedy w naszych sercach i umysłach. Ten stan przeżywany raz do roku, przez cholerne 31 dni... Listopadowa aura - Listopadowy deszcz - Listopadowa mgła - Listopadowy sen...




Kolejne liście przydeptane błotem tworzą liryczny erotyk o nas samych, skąpanych w listopadowej szarości. Nie wiemy jak umrzeć i nie wiemy jak żyć. Przez nasze serca przetacza się korowód (niby)istnienia, wygrywający dysonanse uczuć. Wszystko pociemniałe, pomarznięte, pocięte... Ścięte róże ułożone pod płotem na kamieniu. Czy ktoś tu umarł? Jeszcze nie... To miejsce cichych ślubów i pogrzebów. Każdy pocałunek weselem, a pożegnanie rozpaczliwym pogrzebem, a wszystko okraszone nudą wszechczasów.
Dziś nie erotyk, lecz epitafium tworzę dla umarłych poetów.
Na imię mieli Mgła i Deszcz, a ich matką była Jesień. Raz na zawsze zapisali się na kamiennej płycie mego życia w taki sposób, że nie sposób im nie podziękować. Szczególnie za chorobę afektywną sezonową i dwubiegunową...
Piję więc dziś herbatę oczyszczenia. Wiatr uderza w me okno...
i nawet sam Szatan, którego widzę w cieniu płaczących wierzb, spuszcza głowę i roni łzę nad tym przeklętym losem.
- Szkice jesienne (tytuł roboczy), Judith Lorelei Van Salem.




źródło: tumblr





Mam nadzieję, że wyrazicie swoje zdanie na poruszony przeze mnie temat.
Pozdrawiam Was cieplutko, wampirki...











Idealna nuta na listopadowe wieczory...










8 komentarzy:

  1. Zgodzę się, że jest coś takiego w listopadzie co skłania do rozważań, lubię też to, że szybko robi się ciemno i czuję jakoś tak ukryta przed światem ;p
    Piosenka mnie rozbroiła, trafiłaś idealnie w moje ulubione klimaty, a na tę porę to już wgl świetnie się wpasuje :) Już wiem, jaki zespół zdominuje moją playlistę przez następne tygodnie.. dziękuję Ci za to! ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło :) i cieszę się, że polubiłaś ten zespół :) Uwielbiam takie nuty, a ten utwór jest mistrzostwem moim zdaniem :)

      Usuń
  2. Ja również lubię listopad. Zapewne ma z tym sporo wspólnego fakt, że jestem jego córą, choć to nie wizja prezentów trzyma mnie przy sympatii do niego, bo urodzin nie obchodzę już od lat. Prawdopodobnie właśnie to ta dekadencka aura, to przesiąknięte wilgocią i zgnilizną niegdyś złotych liści powietrze, mgły i szarość. Lubię to uczucie, gdy wychodzę z jasnego lokalu we wcześnie przychodzącą granatową noc i wiem, że czeka mnie jeszcze kawałek do przejścia, nim znajdę się w kolejnej ciepłej i suchej przystani. Nie myślę o przemijaniu, zdecydowanie nie odczuwam też smutku - po prostu czuję się wtedy właściwym człowiekiem we właściwym miejscu i czasie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak :) W tym miesiącu jest dużo magicznych elementów, które sprawiają, że człowiek czuje się tak, a nie inaczej :)
      Zazdroszczę przyjścia na świat o tak pięknej porze ;) chociaż też nie mam co narzekać, bo luty jest dobrym miesiącem...

      Usuń
  3. Też lubię listopad za tą aurę, którą opisałaś. Wieczory przy herbacie z miodem w ukochanym kubku, książka i deszcz za oknem.Takie dni można przyzywać tylko w listopadzie =]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Książka, kocyk i herbatka - najświętsza trójca ^^

      Usuń
  4. Lubię listopad. Nie lubię tego, że muszę chodzić do szkoły wtedy, gdy chciałabym pochodzić we mgle, poczuć liście pod stopami i poobserwować świat. Nie lubię tego, że choruję jesienią. Nie lubię tego, że często nie umiem się nawet skupić na pięknie otaczającego mnie świata, bo jestem zapatrzona w swoją brzydotę. Bo jestem narcystyczną świnią, dbam tylko o siebie. Zawsze się to do tego sprowadza.
    Anyways, nuta piękna, aczkolwiek w taką pogodę nie gardzę również mocniejszymi brzmieniami.
    Dodaję do obserwowanych. <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez taki czas stajemy się piękniejsi... Może czas byś bardziej spojrzała przez ten pryzmat na siebie, niżeli się krytykować... Pozdrawiam i życzę Ci więcej optymizmu i zgody z samą sobą ^^

      Usuń