niedziela, 20 grudnia 2015

Narodzie, otrząśnij się! "Wiedzeni na barykady: Wstać czy pozostać w ciszy...(?)"

Witam Was serdecznie,
nie mogę patrzeć w ekran... Mam ochotę stąd uciec, kiedy widzę to wszystko, albo chociaż kupić komplet ognioodpornych ubrań, bo czuję, że stosy mogą zapłonąć w tym kraju szybciej, niż sądziłam.
Na usprawiedliwienie swojej nieobecności mam tylko poważną pracę z języka polskiego i chorobę. Przepraszam Was i obiecuję poprawę.
Wracając...
Kiedyś napisałam pierwszy wiersz cyklu "Wiedzeni na barykady". Nigdzie się on nie pojawił, a szkoda. Dziś powstał drugi, ten zamieszczony poniżej... Czuję, że powstanie ich więcej, być może nawet pokaźny zbiór.
Proszę Was o opinię i ocenę.
A tymczasem enjoy!



WIEDZENI NA BARYKADY: WSTAĆ CZY POZOSTAĆ W CISZY...(?)



Wierzaj, że ten świat
nie jest kilku złotych nawet wart
Bez cienia ludzkich spraw
spalonych i skazanych na lata krat,
Których nie wróci nic
nawet kryształowy, zapalony znicz.
Zostaje nam iść
i czasem krótką słodyczą śnić
O władzy idealnej
ale to przecież kłamstwo nierealne.
To może pić?
Wódką zalać grób i cicho w nim gnić...?
Zapomnieć o kraju,
o sobie i nie wiedzieć o złotym maju,
Za który praojcowie walczyli
i w głupi naród bezbrzeżnie wierzyli.

A jakby ogniem zmienić czas?
Zniszczyć wszystko w piach i ożywić nas
Z biernego znieczulenia,
patriotyzmu wyrwanego, jak korzenia.
Może należy wstać
i niby-bogom dać sprzeciwu znak!
Jak anioły upadłe
póki jeszcze żywe, niemartwe
Rozniećmy wszelki bunt
i niech załamie się pod nimi grunt.
Bóg kłamstwa i Bóg wolności:
który z nich wygra i na stałe tu zagości?
W naszych rękach dziś jest złoty róg
nie pozwólmy, by ostał nam się jeno sznur


spisane z łez wylanych nad krajem,
wieczorem, 20.12.2015 roku






Captive freedom - comission by Tira-Owl; źródło: http://tira-owl.deviantart.com/art/Captive-freedom-commission-415927004

sobota, 28 listopada 2015

Lorelei recenzuje #2: pierwsze zakupy na CzaryMary.pl

Witam Was serdecznie,
mam kilka zaplanowanych postów, a okropnie mało czasu na pogodzenie wszystkiego, szczególnie pasji z pracą i problemami zdrowotnymi. Wydaje mi się, jakbym co chwila zmieniała drogę, za bardzo idąc w daną stronę, ale mam nadzieję, że chociaż to ostatnie odpadnie za kilka miesięcy, kiedy położę się na oddział. Mam głupią nadzieję, że zostanę w końcu zdiagnozowana, ale z drugiej strony się tego boję...
Ale może o tym kiedy indziej...

   Ostatnio pisałam o zbliżającej się opinii na temat zakupów na stronie CzaryMary.pl. Także wywiążę się z danej Wam obietnicy.
   Zacznijmy od tego, że śledzę ten sklep od bardzo dawna i mam już tak długą listę zakupów jak litania do Wszystkich Świętych. Zawsze jednak brak w danym momencie pieniędzy, albo po prostu nie mam czasu... Ostatnio po bodajże dwóch latach zaglądania, zdecydowałam się zrobić tam swój pierwszy i na pewno nie ostatni zakup!
   Może i ten czas znów by się przedłużył, ale prezent urodzinowy dla mojej najlepszej przyjaciółki nie mógł być kupiony byle gdzie. Rok temu kupiliśmy jej (ja z moim narzeczonym) piękną kolię i kolczyki, więc stwierdziłam, że kupowanie co roku biżuterii może stać się nudne i przydałoby się coś innego, ale w jej klimatach, które nie odbiegają zbyt od moich. Sprawianie takich prezentów to wręcz przyjemność!



   Ten zegar okropnie mi się spodobał. Miał (miauu :3) w sobie ten gotycki klimat, magię i niesamowitą grafikę Lisy Parker, którą uwielbiam.
   Powiem szczerze, że obawiałam się jedynie kolorów. Na stronce zdjęcia poglądowe są dość ciemne i bałam się, że kolorystyka zegara będzie dość szarawo-mdła, ale stwierdziłam, że warto zaryzykować, bo naprawdę się w nim zakochałam.



   Nie zawiodłam się. Zegar ma o wiele głębsze kolory niż na zdjęciach poglądowych, co niewątpliwie podnosi jego estetykę o kilkanaście punktów.
Jedyne co mogę zarzucić bardziej twórcom zegara, niż internetowemu sklepowi to te cholerne wskazówki, które trzeba dokręcać. Miałam z tym niemały problem, przyznam szczerze.
   Wskazówki były rzecz jasna zabezpieczone, co zresztą widać na zdjęciach (kolejny plus), ale musiałam je dokręcić, gdyż były luźne. Pewnie jest to jakaś forma ochrony przed uszkodzenie w magazynie, czy coś takiego, ale dokręcanie tego było katorgą... Szczególnie, że dokręciłam najpierw za mocno wskazówkę minutową i zamiast jednej minuty robiła od razu trzy. Ustawienie godzinowej też do łatwych nie należało...
   Ale po jakiejś godzinie powiedzmy, że to zrobiłam.








   Przejdźmy do czasu realizacji zamówienia. Przesyłkę dostarczono do mnie w dwa dni, nawet nie... Zamówienie złożyłam w niedzielę wieczorem, a paczuszka była już u mnie we wtorek. Jak dla mnie to okropnie szybko.
   Co do zapakowania produktu brakowało mi jedynie folii bąbelkowej bym mogła być w 100% usatysfakcjonowana, ale całe szczęście nic złego się nie stało przy transporcie. Po prostu sam kartonik mógłby nie ochronić zegara w wystarczający sposób, a z doręczycielami bywa różnie... Jedna warstwa folii jest naprawdę w stanie czynić cuda i uratować produkt przed naprawdę głupimi uszkodzeniami.





   Nie myślałam, że kupując pierwszy raz w tym sklepie i do tego nie robiąc Bóg wie jakich zakupów, tylko kupując jedną rzecz dostanę reklamową wypraweczkę, czyli marketingowe malutkie gratisiki. które nie są nie wiadomo czym, ale okropnie cieszą kupującego.









   Nie wiem jak Was, ale mnie naprawdę radują takie rzeczy. Nawet jak dostaniesz w tej paczuszce mnóstwo ulotek o czarnej paście do zębów, albo syntetycznej krwi dla wampirów, to to jest fajne! Mam mnóstwo takich pierdołków z różnych sklepów, ale najbardziej lubię zakładki do książek i co...? CzaryMary.pl przysłało mi trzy zakładeczki za co ich kocham jeszcze bardziej!
   Do tego złożony list, którego treść jest tak magiczna i po prostu klimatyczna, że nie mogłabym jej tu nie przytoczyć chociaż we fragmencie:
"Niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, właśnie spełnia się Twoje pierwsze, złożone w naszym magicznym sklepie zamówienie.
Wraz z zakupami, przekazujemy Ci mnóstwo pozytywnej energii oraz kupon rabatowy o wartości 10 zł na kolejne zakupy, który znajdziesz na karcie dołączonej do tego listu.
CzaryMary.pl to wyjątkowe miejsce, gdzie całe zastępy aniołów, brygady krasnali, stada jednorożców i innych magicznych żyjątek pracowicie działają, aby spełnić każde Twoje życzenie. Tutaj znajdziesz wiele inspirujących produktów, które mogą zmienić Twoje życie." Prawda, że cudowne?















   Od razu człowiek się uśmiecha, czytając coś takiego.
   No i kupon, wiadomo, przyda się. Zresztą planuję większe zakupy. Na pewno sprawię sobie CzaroMarownik (jeżeli poszukujecie fajnego i klimatycznego kalendarza w książkowej formie, to z całego serduszka Wam go polecam, link TUTAJ) i trochę białej szałwii (kupuję ją od trzech lat i kupić nie mogę...)


Moja ocena:

  • obsługa sklepu/czas realizacji zamówienia: ★★★★★
  • zapakowanie przesyłki: ★★★★☆
  • podejście do nowego klienta: ★★★★★
  • ogólnie o produkcie: ★★★★★
  • wykonanie: ★★★★☆





Jak najbardziej polecam Wam ten sklep :) W asortymencie mają nie tylko czarodziejskie akcesoria, ale ciekawe książki, poradniki, naturalne kosmetyki, gadżety i akcesoria do wystroju wnętrz, a wszystko w dobrych cenach :)
Ja na pewno jeszcze tam nie raz zajrzę!
Piszcie, czy znałyście/znaliście ten sklep wcześniej i co o nim sądzicie...



Do następnego, wampirki! Trzymajcie się ciepło!





sobota, 21 listopada 2015

Co ma wspólnego Tuwim z makijażem, czyli sztuka zlewania niepochlebnych komentarzy

Witam Was serdecznie,
post ten miał pojawić się tu z jakiś tydzień temu, ale w poprzedni weekend gościłam w Bydgoszczy, także przesunęło się to nieco w czasie... W planie mam post recenzencki o moich pierwszych zakupach na CzaryMary.pl oraz następny o dwóch obuwniczych perełkach złowionych za grosze. Być może coś z tego pojawi się tu nawet jutro.

   Teraz jednak chciałam poruszyć temat dobrze znany każdej alternatywnej czy po prostu innej od ogółu społeczeństwa osobie.

   Ile razy spotykaliście się z jakimiś przytykami, niepochlebnymi komentarzami czy niby "zwykłymi" radami, kierowanymi w Waszą stronę, które miałyby niby odnosić się do Waszego stroju, makijażu, ogólnie rzecz biorąc wyglądu?

   Taa... to prawie niczym pytanie retoryczne, bo każdy z Was i ja znamy odpowiedź.

   Ogólnie rzecz biorąc jakoś mnie to nie rusza. Miałam już dość dużo czasu by się przyzwyczaić do bezpodstawnej krytyki. Ale też to nie jest do końca tak, że się nie przejmuję opiniami innych ludzi.
   Ostatnio miałam okazję przeczytać pewną dyskusję, która wynikła z błahego tematu na pewnej facebookowej grupie. Kilka komentarzy trafnie wpisałoby się w ten post.
   Sztuką nie jest "zlewanie" tego, co mówią o Tobie... Sztuką jest wysłuchanie tego, przetworzenie, przewartościowanie i wtedy ewentualne "zlanie" sytuacji.
   Dlaczego?
   To nie wynika z szacunku, broń Lucyferze! Tylko z czysto ekonomicznych pobudek.
   Oczywiście jak jakaś osoba cały czas chce Ci dopiec i mówi bzdury na Twój temat to po co masz się tym przejmować - po prostu wzrusz ramionami i tyle.
   Ale mi chodzi o to, że czasem słowa, które mówią te osoby mogą Ci się najzwyczajniej w świecie przydać. Hmm, np. jako ciekawa anegdota, albo jako broń przeciwko tej osobie.
   Ja z reguły nie lubię wdawać się w ostre dyskusje, bo znam samą siebie i wiem, że mogłoby to się skończyć naprawdę ostro, gdyż zaciekle bronię swego zdania (lecz toleruję zdanie innych) i nie lubię dyskusji z mentalnymi ścianami, które nie potrafią zrozumieć, że ktoś może inaczej patrzeć na daną sytuację czy sprawę, a jeszcze bardziej nienawidzę hipokrytów, ale to temat na kiedy indziej.

   Ale wróćmy do tematu...
   Załóżmy, że spieszysz się rano do szkoły/pracy/gdziekolwiek i z braku czasu przeoczysz, że na ustach zostały Ci ślady po paście do zębów. Jak ktoś, nawet może nie aż tak miło, skomentuje to, to chyba nie wpuścisz tego jednym uchem, a wypuścisz drugim, prawda? Takie komentarze są przydatne, ale nie o takie mi chodziło.

   Nie wiem jak dla Was, moi drodzy, ale dla mnie liczy się opinia najbliższych mi ludzi, którzy znają mnie, moją osobowość i mój styl i też go lubią oraz cenią mnie za kreatywność i oryginalność. Mam tu na myśli w pierwszym rzędzie moją mamę, narzeczonego i najlepszą przyjaciółkę. To jest ta wielka, święta trójca, której opinie są dla mnie najważniejsze, ale też nie do końca.
   Czemu?
   Bo czasem najnormalniej w świecie się nie zgadzamy... Czasem musimy się oswoić z daną myślą... (Ja z tym, że mój ukochany chce wygolić boki *smuteczek*, a on, że kiedyś *w nieco dalszej przyszłości* chcę zrobić tatuaż na nodze). To ludzka rzecz i tyle.

   Ale co jest najbardziej denerwujące? Ooo... już Wam spieszę z odpowiedzią!
   Najbardziej denerwuje, kiedy osoby, które nawet się z Tobą nie kumplują komentują, ba (!) doradzają Ci jak masz wyglądać, a jak nie... Opinie szczerze mówiąc mnie nie ruszają, ale jak ktoś próbuje mi wmówić, że tak wyglądałabym lepiej niż teraz to odzywa się we mnie morderca psychopata, który chciałby tylko "porozmawiać" na osobności, najlepiej w jakiejś ciemnej, dźwiękoszczelnej piwnicy.
   Jakby to byli nieznajomi - eee tam! Ale są to ludzie, których nie znasz tak naprawdę. Znacie się tylko z widzenia i uważają, że mogą dawać Ci pseudo przyjacielskie rady, które mają Ci pomóc, bo przecież to takie miłe. Cóż za nonsens!

   Naprawdę nie ruszają mnie osoby, które próbują mi wmówić, że w kolorach byłoby mi lepiej (jakby czarny nie był, do diabła, kolorem...), albo w szpilkach, czy w czymś jeszcze innym, co nie jest w moim stylu, ale przyczepianie się do mojego makijażu jest czymś czego nie zdzierżę w takiej formie, jaka została mi ostatnio przedstawiona.
   Nadmienię tylko, że zazwyczaj spotykam się z miłymi komentarzami na temat mojego makijażu, który jest potwornie minimalistyczny w porównaniu do makijażu typowej 18/19-latki. Nigdy nie lubiłam nakładać na siebie tony podkładu. Był czas, że w ogóle go nie stosowałam, bo mam skórę dość skłonną do alergii, ale po odkryciu dobrego fluidu stosuję go raczej codziennie, nakładając niewielką ilość na twarz. Co do szminek - nie lubię. Po prostu uczucie lepkości czy obecności czegoś tłustego na ustach nie jest dla mnie. Dopiero w sierpniu przekonałam się do pomadek, ale tylko do matów od Bourjois. Jedynym pełnowartościowym makijażem, który jest moją domeną, są oczy, a raczej po prostu kreska pod oczami... Nie robię jej nad okiem, tylko pod jak również od wewnętrznej strony dolnej powieki, przedłużając ją dość daleko. Po prostu taki mam styl i rozumiem, że komuś może się to nie podobać - szanuję to i tyle, każdy z nas ma inny gust...
   Ale na litość! Czy naprawdę jak ktoś zacznie głupio pytać czemu robię tak a nie inaczej i skomplementuje moje oczy bez kredki, to myśli, że z dnia na dzień przerzucę się na brak kresek?





   Sytuacja prosto z mojego nudnego życia:
   Często nie mam czasu rano, gdyż o 6:38 mam autobus do szkoły. Po prostu nie mam kiedy pomalować oczu, a i tak w szkole jestem 7:15/7:20, gdzie prawie nikogo nie ma... Wtedy mam czas,  żeby pomalować oczy w szkolnej łazience.
   Pewnego razu do łazienki weszły moje dwie znajome z równoległej klasy... Nie kumplujemy się, po prostu się znamy, czasem zamienimy ze sobą parę zdań - tyle. W sumie to nie wiem po co tam przyszły, bo usiadły przy ścianie i zaczęły komentować proces powstawania moich kresek (aż z tego wszystkiego trochę wyjechałam...). Musiałam odpowiadać na pytania a po co to tak, a dlaczego... ehh, niech wszyscy Bogu czy czemuś innemu dziękują, że byłam wtedy dość zaspana, bo inaczej nie ręczyłabym za siebie. Pytanie czy lubię się tak malować rozwaliło mnie na czynniki pierwsze.
   Niee... Nie lubię takich wyrąbiście długich kresek, ale robię je, bo tak... no nie wiem, dla picu, czy coś.
   Po tym usłyszałam, że moje rozmówczynie by połowę tego co mam na oku już dawno zmazały i teksty w stylu "ładniej ci bez tego" bla bla bla...
   Kilka dni później, może nawet po tygodniu, zaczęła mi się kończyć kredka, ale nie miałam czasu odwiedzić Rossmanna (był wtedy czas na promocje kredek) i miałam to uczynić na dniach. Pech chciał, że moje znajome zauważyły już w autobusie mój minimalizm i oszczędność na kredce (serio, leciałam już na milimetrze i rypałam się bardziej plastikiem niż kredką po oku). Nie wiem, może myślały, że ich teksty na mnie podziałały, czy jaka cholera...
   "Ooo, ale ładnie dziś wyglądasz!" - usłyszałam. Nie powiem, miły tekst. Podziękowałam i od razu tego pożałowałam, gdy usłyszałam drugą część wypowiedzi. "Jaka malutka kreseczka... jak pięknie!". Zrobiłam grobową minę i nie miałam ochoty wdawać się w dyskusje w autobusie. W każdym razie, odpowiedziałam, że jak same zresztą wiedzą, lubię długą kreskę i nic się w tej kwestii nie zmieniło, a poza tym mój narzeczony też lubi sposób w jaki się maluję. Po tym usłyszałam, że on się nie zna (czyli z treści wypowiedzi wychodzi, że ja też) i one wiedzą lepiej, no i że z malutką kreską wyglądam o wiele korzystniej i bardziej kobieco (what?!).





   Szczerze? Słyszałam w życiu gorsze rzeczy i na pewno będę je nadal słyszeć... Nie poruszyło mnie to jakoś, ani nie oburzyło, zasmuciło, czy wkurzyło. Jedyne co ta sytuacja we mnie wzbudziła, to irytację, gdyż nie potrafię zrozumieć, jak można komuś wmawiać, że coś do niego pasuje, a coś nie, jeżeli nie znamy danej osoby. Rozumiem, gdybym nie potrafiła dobrać sobie koloru fluidu, czy nieumiejętnie bym go rozsmarowała (co widuję na co dzień u niejednej osoby).
   Może, gdyby tyczyło się to innej sfery mojego wyglądu odebrałabym to inaczej i nawet nie wywołałoby to we mnie krztyny irytacji...
   Po prostu kreska na oku jest dla mnie ważna i nienawidzę, jak ktoś coś do tego ma. Chodzi tu o wspomnienia z gimnazjum, a raczej o walkę o kreskę między mną a nauczycielami (nie, raczej między mną a wychowawczynią i dyrektorką). Bardzo denerwowało mnie to, że młodsze dziewuszki mogą łazić jak lafiryndy do szkoły (tj. obcasy, mini, różowy make-up etc), a ja nie mogę lekko pojechać po dolnej powiece kredką. Hm, szczerze mówiąc, to nawet nie był makijaż, a czerni to wcale nie przypominało. Raczej szary odcień, nawet o milimetr nie wyjeżdżał poza oko.

   Pamiętam dość ciekawą i zarazem śmieszną historię.
   W bodajże III klasie gimnazjum mieliśmy zajęcia artystyczne, na których każda grupa miała przygotować strój związany z prędzej wylosowaną epoką. Chyba coś nade mną czuwało, bo wylosowaliśmy Starożytny Egipt, który od zawsze był moją inspiracją. Ja miałam być "modelką" i to w sumie ja tylko się czymkolwiek zajęłam w tej grupie, bo wszyscy mieli to gdzieś. Zrobiłam sobie typowe, egipskie kreski. Oczywiście po lekcji mieliśmy doprowadzić się do normalnego stanu, ale musiałam polecieć po plecak do klasy. Pech chciał, że zaczęła się przerwa, a ja z prędkością światła zlatywałam po schodach na piętro w dół, a zaraz znów w górę do łazienki. Zmyłam makijaż i tyle... Za kilka lekcji mieliśmy polski czy tam godzinę wychowawczą.
   - No... pierwsze co słyszę, jak wchodzę do szkoły, to jakie Judyta ma dziś kreski na oczach!
   Zaczęłam się śmiać... Bo trudno było zrozumieć po długim wyjaśnianiu, że to była część zajęć artystycznych.


   I wiecie co, naprawdę i błagam Was o to z całego serca... Nie dajcie się takim złośliwościom i opiniom, które może i nie są zbyt przyjemne, ale z całą pewnością są wielkim stekiem bzdur.
   Wyglądajcie inaczej, wyróżniajcie się i pokażcie tym wszystkim przeciętniakom, że inne nie znaczy gorsze.
   ... bo czasem jak tak tego słucham, to wydaje mi się, że oni wszyscy chcą nas na siłę wtłoczyć w tę szarą rzeczywistość i żebyśmy byli tacy jak oni - nijacy.
   Nie chodzi mi o to, że jak ktoś wygląda względnie normalnie jest zły i nijaki... ale jak zachowuje się jak twór skorumpowanego systemu, to przepraszam Was, ale inaczej nazwać tego nie mogę...


   Dlatego wyprostujcie się, spójrzcie z siłą i poczuciem swej wartości przed siebie, wyciągnijcie środkowy palec i zacytujcie słowa Juliana Tuwima, który ujął ten temat perfekcyjnie:
   "Całujcie mnie wszyscy w dupę"
   ... uśmiechnijcie się i przyjmijcie laur zwycięstwa.
















Nuta na dziś:

sobota, 7 listopada 2015

Hello November - czyli kilka słów o ulubionym miesiącu wszystkich dekadentów

Witam serdecznie,

klawiatura umarła śmiercią długą i powolną... agonia trwała miesiącami. Od dwóch klawiszy, do ośmiu w tym momencie.
Uwierzcie, dziwnie wygląda laptop z podłączoną przez przejściówkę starą klawiaturą... Nie potrafię na tym pisać, zresztą... Ale nie wytrzymałabym bez bloga, a mam potrzebę napisać tu choć kilka zdań.

   Chciałam się dziś podzielić z Wami moimi refleksjami na temat listopada.
   Jest to jeden z moich ulubionych miesięcy, mimo że nie służy mojemu zdrowiu. Wszechobecna wilgoć, deszcze, itd. okropnie wygina i zgina moje póki co niezdiagnozowane stawy, które płaczą z bólu. Ale to całkiem inna historia.


źródło: tumblr



   Ludzie nie potrafią zrozumieć mojej platonicznej miłości do tego miesiąca. Zawsze patrzą na mnie tak, jakbym mówiła, że lubię jeść kocią karmę. Znam osoby, które lubią jesień. Nie, nie listopad tylko jesień. Wiem, że to powinno się ze sobą łączyć, ale dla nich są to dwa zupełnie inne pojęcia, jak woda i ogień. Jesień to dla nich pomarańczowe słoneczko, suche lasy z grzybami i kolorowe liście, które pięknie wyglądają na tle zachodzącego słońca. Jednym zdaniem - złota polska jesień.

   To nie dla mnie... Wolę inne klimaty. I tu wcale nie chodzi o mhhhroczność listopada (no dobra, może trochę). Większe znaczenie ma dla mnie panująca aura i ten nastrój, który przynosi z wiatrem pełno myśli.


źródło: tumblr



   Przechodzisz chodnikiem i czujesz, jak mikroskopijne kropelki wody osiadają na Twoich włosach.    Słuchasz muzyki, która nie nadaje się na słuchanie w słoneczne dni. Może jest nieco depresyjna, ale harmonijnie współgra z kroplami deszczu, uderzającymi o parapet w jednostajnym rytmie.
   Herbata nie jest tylko herbatą, ale zaczyna być ostoją, w której rozpływa się nieuzasadniony strach i przerażenie.

   Nie wiem jak Wam, ale mi zawsze towarzyszy w tym czasie niepokój... "jaskółczy niepokój"... Lepiej przyswajam wszystkie książki, a wena zaczyna się budzić i powstaje jak wampir z wiekowej trumny. Czuję przygnębienie pomieszane z lękiem, bólem i intrygującą przyjemnością, płynącą ze spokoju z niewiadomych źródeł.
   To tak, jakbyś zamknął się na amen w pustym pokoju opuszczonego domu. Boisz się, ale to wszystko jest tak intrygujące, że wywołuje w Tobie jakiś niepohamowany rodzaj ekscytacji, porównywalnej z wypiciem butelki dobrego wina.


źródło: tumblr



   Może i staję się wtedy bardziej płaczliwa, albo bardziej depresyjna, ale lubię ten stan wielkiej niewiadomej w mętliku myśli. Zastanawiam się nad sprawami, nad jakimi nie zastanawiam się w innym czasie. Żałuję często, że nie mam przy sobie notesu, bo czasem wbija mi się w umysł jakieś zdanie, jakieś strofy, których nie mam jak zapisać... Potem to gdzieś ulatuje. Jest tak samo ulotne jak mgła, jak deszcz, jak ta aura...

   Myślę, że wielu z Was mnie zrozumie... że wielu z Was też czuje w sobie wyciszenie i ambiwalentne emocje podczas spaceru listopadową porą...
   Tu nie chodzi o to, że wszystko umiera i jest szaro, jest mhrocznie...
   Tu rozchodzi się o to, co dzieje się wtedy w naszych sercach i umysłach. Ten stan przeżywany raz do roku, przez cholerne 31 dni... Listopadowa aura - Listopadowy deszcz - Listopadowa mgła - Listopadowy sen...




Kolejne liście przydeptane błotem tworzą liryczny erotyk o nas samych, skąpanych w listopadowej szarości. Nie wiemy jak umrzeć i nie wiemy jak żyć. Przez nasze serca przetacza się korowód (niby)istnienia, wygrywający dysonanse uczuć. Wszystko pociemniałe, pomarznięte, pocięte... Ścięte róże ułożone pod płotem na kamieniu. Czy ktoś tu umarł? Jeszcze nie... To miejsce cichych ślubów i pogrzebów. Każdy pocałunek weselem, a pożegnanie rozpaczliwym pogrzebem, a wszystko okraszone nudą wszechczasów.
Dziś nie erotyk, lecz epitafium tworzę dla umarłych poetów.
Na imię mieli Mgła i Deszcz, a ich matką była Jesień. Raz na zawsze zapisali się na kamiennej płycie mego życia w taki sposób, że nie sposób im nie podziękować. Szczególnie za chorobę afektywną sezonową i dwubiegunową...
Piję więc dziś herbatę oczyszczenia. Wiatr uderza w me okno...
i nawet sam Szatan, którego widzę w cieniu płaczących wierzb, spuszcza głowę i roni łzę nad tym przeklętym losem.
- Szkice jesienne (tytuł roboczy), Judith Lorelei Van Salem.




źródło: tumblr





Mam nadzieję, że wyrazicie swoje zdanie na poruszony przeze mnie temat.
Pozdrawiam Was cieplutko, wampirki...











Idealna nuta na listopadowe wieczory...










czwartek, 29 października 2015

"Sen nocy jesiennej - akt IV: Zaburzenia widzenia i osobowości"

Dziś o 16:22 powstało to COŚ... określane przeze mnie, jako przejaw zdeprawowanego przemęczeniem artyzmu, w którym nie dostrzegam większego kunsztu, niżeli w innych miernych tworach, aczkolwiek ma coś w sobie, co sprawiło, że zdecydowałam się, na zamieszczenie tego właśnie w tym miejscu...
Enjoy!



SEN NOCY JESIENNEJ - AKT IV: ZABURZENIA WIDZENIA I OSOBOWOŚCI


Zapach zgniłych liści
głucho wsiąknięty
przez policzki cichej martwicy
odbił się echem wolnej prostoty
ściśniętej w depresyjnie różowym kubraczku
malutkiej dziewczynki ze złotymi ustami


Dzieci omdlałe z porzeczkowej słodkości
zbierają truchła ziemi
obrosłe w smutek ból i żal
przełamany żółcią i czerwienią
nawiniętą niby przypadkiem na czarny szal


Plac przed biblioteką przegniły
przemienił się w dom zmarłych
koszmarny cmentarz umęczonych wędrowców
każde skrzydło - niby krzyż -
wyznacza tu nasz byt


Przeszedłem...
i nie spostrzegłem kiedy
zapadłem się w dół -
- własny grób -
i owiał mnie zapach
przejmujący
odurzający
... zapach
zgniłych liści
























Do następnego, wampirki...






sobota, 17 października 2015

10 najgłupszych tekstów, które usłyszysz po zrobieniu sobie tatuażu

Witam Was serdecznie...

w ostatnim poście pochwaliłam się Wam moim kruczkiem, który zostanie ze mną już do śmierci (no chyba, że stracę rękę w jakiś dziwnych okolicznościach rodem z filmu kategorii Y). W związku z tym chciałabym się z Wami podzielić najgłupszymi, moim zdaniem, tekstami, które musiałam przez pierwszy tydzień wysłuchiwać. Wszystkie są autentyczne i w sumie mogłabym ich napisać jeszcze więcej, ale wybrałam te, które najbardziej działają na nerwy...
Niektóre może nie są aż tak głupie, ale jeżeli słyszysz je dziesięć tysięcy razy, to masz ochotę odtwarzać swoją odpowiedź z dyktafonu, zamiast znów powtarzać te same słowa.

Zaczynamy...







1. "To prawdziwe...?" (nie, zrobiłam z gumy do żucia!)


Ten tekst zazwyczaj rzucają osoby starsze ode mnie (coś 35/45 lat), ale zdarza się, że słyszałam to od swoich rówieśników. Rozumiem, gdybym miała napis, sentencję, skład chemiczny proszku do prania! Ale coś na prawie całe przedramię, serio?! Zawsze mogłam wytatuować motylka albo słodkiego różowego kwiatuszka. To by na pewno do mnie pasowało...
A wracając, nie... to tylko taki tatuaż z Bravo (ach, pamiętam te czasy, kiedy było się małym gówniarzem i robiło się te tatuaże z gazet... PS: z tego co wiem, to teraz też jest moda na jakieś złote tatuaże z kartoników... emm... i tego chyba sobie nie robią dzieci w wieku 8 lat... Powiedzmy, że zostawię to bez komentarza)




2. Milion razy od każdej osoby: "A nie bolało cię????????" (widocznie nie na tyle, żeby przestać)


Za którymś już razem odpowiadanie: "Nie, to było nawet przyjemne..." było dla mnie równoznaczne z wyjawieniem byle komu "Hej, jestem sadomasochistką, lubię igły, lubię ból i lubię jak tatuażysta ryje mi bite 4 godziny igłą pod skórą... To przeżycie niemal duchowo-erotyczne". Tak się właśnie czułam, widząc ich wzrok na sobie. Hm, to wyglądało jakbym powiedziała coś tak dziwnego, a jednocześnie obrazoburczego, że po którymś razie dałam sobie spokój i po prostu mówiłam: "Trochę..."
Ale naprawdę co jest w tym dziwnego, że bolało mnie pod sam koniec tylko? Co jest w tym dziwnego, że ten ból był dobrym bólem, a endorfiny sprawiały, że był nawet bardzo przyjemny? Nie rozumiem, naprawdę...
Albo ja jestem dziwna, albo ludzie dookoła są jacyś nie tego...




3. "Znudzi ci się za 20 lat." (tak, bo rozmowa z tobą znudziła mi się, jakieś 5 minut temu...)


Moja sprawa czy mi się znudzi, czy nie... Każdy ma swój zmysł estetyczny i uważam, że będzie mi się podobał, nawet kiedy będę miała 80 lat.
A no tak! Jest jeszcze druga wersja tego zdania: "Jak będziesz z tym wyglądać, gdy będziesz miała 80 lat? Myślisz, że ładnie to będzie wyglądać, jak będziesz stara i pomarszczona?"
Myślę, że tak... To jest rysunek na moim ciele, więc co to kogo obchodzi, że stara babcia będzie miała kruka na przedramieniu? Co z tego, że może potem nie wyglądać aż tak super jak na młodej skórze?
Będzie mi przypominał młodość lepiej, niż niektórym wspomnienia z zarzyganych imprez, albo rozwalone po pijaku czoła.




4. "Będziesz tego żałować" lub w bardziej przyjaznej formie "Nie będziesz tego żałować?"


Nie będę... Od 2012 roku kieruję się zasadą, by niczego w życiu nie żałować. Dlatego czasem podchodzę do życia spontanicznie, bo każdy z nas ma mało czasu w życiu, a czasem zastanawiam się nad czymś, bo może być to decyzja warunkująca całe moje przyszłe życie.
Nie uważam, że to, iż zdecydowałam się na tatuaż ma być aż tak poważną decyzją, która przesądzi o moim caaaałym życiu. Bez przesady...




5. Mówisz komuś w żartach, że twój tatuaż jest wykonany z henny. Oczywiście masz pewność, że osoba się na to nie nabrała, zresztą sprawiała takie wrażenie... Za jakiś czas słyszysz: "Długo ci się trzyma". Myślisz - o co mu chodzi, do cholery. "No długo się trzyma jak na hennę". Jesteś załamany... "Ale to nie jest henna" - mówisz. "Aaa... to taki na stałe". Nie, na sezon...


To prawdziwa historia, niestety...




6. "To nie jest prawdziwy tatuaż, bo nie widać dziur po igle" (coś w stylu: to nie jest prawdziwy człowiek, bo nie ma pępka???)


To zdanie było skierowane do mojej (także) wytatuowanej koleżanki. Byłam przy tym i myślałam, że moja przepona wysiądzie ze śmiechu. Cóż... Nie ma dziury po igle - nie ma tatuażu.




7. "To ma tak wyglądać?" *wskazuje na łuszczącą się skórę, tudzież na ciemne cieniowanie, które rozjaśni się po zagojeniu*


Nie ma nic bardziej wkurzającego, niż teksty, nie poparte wiedzą na ten temat. Rozumiem, że ktoś może zapytać, czy to normalne, że tak się robi z tatuażem, etc. etc. Ale nie trzeba tego mówić tonem, mówiącym "hahaha, zjebał ci się tatuaż" (przepraszam za wyrażenie, ale taka prawda).
Łuszczenie jest prawidłowym i normalnym procesem podczas gojenia tatuażu, a kolory zawsze są ciemne - dopiero po złuszczeniu bledną.
Nie ma to, jak ta sama osoba, która uważa, że twój tatuaż jest zbyt ciemny, przychodzi do ciebie, gdy już całość się w większości złuszczy i mówi "Zblednął!" znów tonem, jak wyżej.
Jestem osobą względnie spokojną... No dobrze, nie jestem spokojna i po prostu mam ochotę wtedy walnąć takiej osobie przez łeb, albo nakłonić do przeczytania kilku chociaż zdań na ten temat.




8. "Ja to sobie bym nie zrobiła (takiego) tatuażu/ Nie dałabym tyle pieniędzy/ Bym żałowała/ Szatański tusz sprawiłby, że będę szatanistką/ Bóg by mnie nie kochał/ Rodzice by mnie wyklęli..."


Ehh, jedna zasadnicza kwestia: A CO MNIE TO OBCHODZI?! Miło, że uważasz mój tatuaż za fajny, ładny, dobrze zrobiony, ale nie każę ci tego mówić, nie każę ci go podziwiać, a krytykę mam gdzieś... no a to, że mówisz, że byś sobie nie zrobiła/zrobił i dlaczego nie, to jakoś mało mnie obchodzi, bo od razu wtedy wychodzi, że to ja będę żałować; że mam za dużo pieniędzy; że jestem szatanistką; bóg mnie nie kocha, a rodzice postrzegają mnie za potencjalne zło.
Podsumowując, chcesz zrobić tatuaż: fajnie! nie chcesz go robić: też fajnie! Ale nie musisz przez wyrażanie swojego zdania, przekazywać jakiś aluzji... Chociaż i tak mnie mało to obchodzi.




9. "Co na to twoi rodzice?"


Hm, moja mama jest zachwycona. Jest wręcz oczarowana malunkiem na moim przedramieniu. Tacie też się podoba. Nikt nic nie mówi...
Nie każdy musi mieć "typową matkę", która robi co niedzielę rosół, w piątek rybę i mówi, że tatuaż to: a) szatan, piekło i takie sprawy od wiecznego potępienia, b) więzienne dziary, skazanie, cele i takie tam, c) słodkim dziewczynkom nie przystoi mieć tatuaże...




10. MÓJ FAWORYT: "Będziesz mogła to zmyć?" (a głupotę też można zmyć?)


Nic dodać, nic ująć...








Posłowie:

To nie tak, że mnie denerwuje każde pytanie odnośnie tatuażu. Mogę o tym rozmawiać w inteligentny sposób i na poziomie. Nawet jak ktoś zapyta co to dla mnie oznacza, to mogę z nim o tym pogadać. Ale wysłuchiwanie jednego i tego samego ciągle i to od ludzi, z którymi może nie utrzymuję jakiś bliższych relacji jest po prostu denerwujące.


Bym zapomniała!
Jeżeli sami macie tatuaże i chcielibyście się podzielić podobnymi tekstami, to zapraszam - piszcie :)





Do miłego, wampirki ;)



piątek, 9 października 2015

Mój pierwszy raz...

Witam Was serdecznie...

   Dziś post, który miał się pojawić tydzień temu, ale czasu zbrakło. Chciałam podzielić się z Wami bardzo ważnym i ekscytującym dla mnie wydarzeniem. Drugi dzień każdego miesiąca jest zawsze magicznym dniem, albo po prostu 2 jest moją szczęśliwą liczbą. Moja i Wojownika rocznica przypada na 02.03 (niedługo będzie już trzecia!) i teraz też 02. (tym razem) października zapadnie w moją pamięć na wieczność.
   Powiedzmy, że tego dnia minęły 2 lata i 7 miesięcy naszego oficjalnego związku, ale ja się nie rozdrabniam na jakieś miesiące... Niczym są w porównaniu do wieczności, a no i też nie o tym chciałam pisać!

źródło: deviantart (tattooed_girl_by_tracksix)


   02.10... Nie idę do szkoły. Wiedziałam o tym od ponad dwóch tygodni... Budzę się o 6:50... Po przebudzeniu czuję ucisk w żołądku. Czyżby był to stres? Chyba radość pomieszana z ekscytacją i leciutkim strachem.
   Nie mogę skupić się na najprostszych czynnościach, więc decyduję się na wypicie herbaty. Jako herbatoholik mam zazwyczaj zespół napięcia przedherbatowego, a delikatny smak ciepłego napoju koi moje nerwy.
   Poczułam się lepiej. Przygotowałam się jak najlepiej potrafiłam. Chwila medytacji, ulubiony perfum i poprawka przed lustrem... W końcu to miał być mój pierwszy raz - należała się temu celebracja w najwyższej formie.

Autobus 08:08... Na miejscu coś przed 09... Zakupy i powolny spacer do miejsca mego przeznaczenia. Miałam być na 10.


Ville & Kat... & E.A. Poe's eyes...



   Szczerze, nie pamiętam jak tam doszłam... Za dużo myślałam i szłam niczym robot. O dziwo byłam spokojna, można powiedzieć, że zbyt spokojna.
   Przyszłam. Było coś za pięć dziesiąta. Było ok... naprawdę dobrze. Poprosił, bym usiadła i poczekała zanim wszystko przygotuje. Nie było problemu. Napisałam może jeszcze jedną wiadomość na telefonie i przeglądałam zdjęcia słodkich kotów w necie.

   Nagle moich uszu dobiegł dźwięk, który poraził mnie do samego rdzenia kręgowego. Jakby coś uderzyło mnie w głowę, powodując długotrwałe otępienie. Dźwięk świdrował mi umysł i serce, wprawiając w jego kołatanie. Instynkt samozachowawczy doszedł do głosu i mówił "Do diabła, nie zniosę tego dźwięku dłużej! Wracamy do domu, Judith!". Jednak miałam jeszcze coś takiego jak zdrowy rozsądek i resztki spokoju. Uspokoiłam ten chory instynkt, a raczej wyrzuciłam go na dobre ze swojej głowy, Jednak fakt, faktem... Dźwięk był przerażający, jak na ten pierwszy raz.







   Napisałam SMSa o treści "ej, boję się" i czekałam jeszcze kilka minut.
   Kiedy usłyszałam, że mogę już usiąść na specjalnym miejscu, na którym miałam spędzić z dupą nieco ponad cztery godziny (z przerwami rzecz jasna), wyjawiłam swój sekret, który trawił moje wnętrze od tych kilku minut. - Cykam się - powiedziałam cicho, przełykając ślinę.
   - Nie masz się czego bać... Po pierwszych kreskach zobaczysz, że będzie ok.
   - Jezu... - powiedziałam machinalnie, myśląc o zgoła innej, wręcz opozycyjnej postaci. Powinnam lepiej chyba precyzować, o czym myślę...
   Odpowiedział mi coś, co przywiodło mi na myśl moje własne słowa, a raczej cytat z mojej niewydanej (i ciekawe czy kiedykolwiek ją wydam) książki, "Rubinowej Tablicy". Jeden z bohaterów drugoplanowych - Lucyfer - cały czas powtarzał głównej bohaterce - Dianie - zdanie "Boże nic ci nie pomoże".

BTW, muszę  się zabrać znów za pisanie Rubinowej... Czwarty tom czeka na ukończenie. Ale wracając...


   Zaczęliśmy to, o czym marzyłam od dawien dawna...
   Pierwsza kreska... Nie ma bólu? Ale... Heh... Wow, to nawet jest przyjemne. Nie nawet, to jest niewiarygodnie przyjemne!


Tylko mój <3 - kontur



   Pierwszy raz od długiego czasu poczułam, że żyję... Że jestem tu i teraz w każdej najjaśniejszej formie egzystencji duchowej i fizycznej. Mózg wypełniały endorfiny, a duszę przepełniało spełnienie porównywalne z ukończeniem znakomitego wiersza. Tylko tym razem nie czułam się jak Bóg podczas tworzenia...
   Byłam Aniołem stwarzanym przez Boga. Zmieniał plastyczną formę czegoś, co było we mnie od zawsze w coś trwałego, które przetrwa wieki. Dostałam kolejny dowód mej nieśmiertelności.
   Z każdą minutą czułam się bliżej swej duszy. Czakry współpracowały jak nigdy i miałam wrażenie, że mogłabym w tym momencie stworzyć coś doskonałego w swej formie, ale to ja wtedy byłam tworzona i nie mogłam się wyrwać, a nawet nie chciałam, spod tego magicznego uczucia tęsknoty do anielskiej formy.
   Jakby na powrót dostać skrzydła, zamiast cholernych, jątrzących się każdego dnia ran.
   Nie, nie znalazłam w tamtej czterogodzinnej chwili sensu życia. Mogę powiedzieć, że po prostu on sam mnie znalazł i mogłam go sobie uzmysłowić w pełnej treści. Życie przez moment wydawało się piękne...
   Ale nie zmieniło swych barw znów na ciemne. Raczej ukazało mi prawdę. Że wszystko jest niejako dobrem i złem... A dobro i zło to pojęcia względne, o czym już wiedziałam od dawna.
   Jednak teraz to było oczywiste, jak 2+2.
   Do końca odrzuciłam zbędne zdania "zbędnych ludzi", gdyż nikt za mnie nie przeżyje tego życia.
   I liczy się to, co jest tu i teraz... Nie chcę i nie będę żałować niczego. Ta droga jest mym marzeniem i przeznaczeniem...




Kontur + początek cieniowania

Prawie całość... Jeszcze Ankh

W domku... Już pod folią :)



   Cała moja podróż po upragnione cudo i czterogodzinna sesja zakończyła się duchowym orgazmem, porównywalnym tylko z twórczością E.A. Poe, Baudelaire'a, Koraba-Brzozowskiego, Micińskiego razem wziętych. To tak jak naćpać się każdym słowem, które czytasz i przetwarzasz w głowie, odnajdując sens złożonych wersów, pachnących opium i absyntem.


Luźna myśl: Tatuażysta nawet kiedy nic nie mówi, wykonuje większą robotę niż 666 psychologów. Chwała im za to...



Poniedziałek 05.10...




Kiedy następny tatuaż...? Myślę, że na koniec roku, ewentualnie po studniówce.


Posłowie:
Wielkie ukłony i uszanowanie dla mojego tatuażysty.
Jak będziecie szukali dobrego studia w okolicach Torunia/Olsztyna (100km to jeszcze okolica, prawda?), to zapraszam Was i polecam mojego mistrza - CenturionTattoo 





Pozdrawiam Was, wampirki i do miłego...
PS: wybaczcie za błędy... piszę na migrenie...

sobota, 3 października 2015

Przesiąknięci na wskroś kadzidłem

Witam serdecznie,
z tego co widzę, to nie było mnie tu już miesiąc. Wrzesień jest moim znienawidzonym miesiącem - nie potrafię się odnaleźć w szkole (jak co roku) a do tego zmiany atmosferyczne, szczególnie przestawienie z lata na wczesną jesień, mi nie służy.

Teraz powoli odzyskuję grunt pod nogami, więc mam nadzieję, że posty będą się pojawiać co tydzień - zazwyczaj pewnie w weekendy, inaczej nie będę w stanie zagospodarować sobie tyle czasu.

Na ten post zbierałam siły od wakacji, ale zawsze coś krzyżowało moje plany.
Chciałam dzisiaj Wam pokazać moją kolekcję kadzidełek.
Zacznę od tego, że kadzidła są ważnym elementem w moim życiu. Jak byłam mała, moja mama często zapalała kadzidełka, a ja, można powiedzieć, że kultywuję tradycję rodzinną.



Najpierw kilka słów ogólnych na temat kadzideł.

Kadzidła były wykorzystywane już w czasach starożytnych. Mieszanki ziół i roślin stosowano do celów religijnych, ale też jako środek dezynfekujący (odświeżenie pomieszczeń, okadzanie domów, etc.).
Wyróżniamy kadzidła w bryłkach, które są po prostu stwardniałą żywicą drzew z rodzaju kadzidla (to nie błąd, w nazwie tej nie ma litery "Ł"). Taka zaschnięta żywica nosi nieraz nazwę olibanum. Do mieszanek dodaje się zioła, opiłki kory drzew, płatki wonnych kwiatów, różnie z tym bywa.

Oczywiście mamy też kadzidełka indyjskie, które możemy podzielić na kadzidełka patyczkowe (tzw. trociczki), pyłkowe (też na patyczkach, jednak różni je sposób wykonania) oraz na stożkowe.
Myślę, że warto przedstawić różnicę między typowymi kadzidełkami patyczkowymi a pyłkowymi. Różnicą jest węgiel drzewny, który spotykany jest w k.patyczkowych, natomiast w pyłkowych używa się głównie żywic, ziół, etc. Mogą mieć różne kolory, w odróżnieniu od normalnych kadzidełek patyczkowych, które ze względu na węgiel są często czarne. Moje kadzidełka pyłkowe są w jasnobrązowym kolorze - takie są zazwyczaj spotykane - a do tego łatwo spada z nich pyłek, za to mają głębszy bukiet zapachów (są świeższe i pozbawione typowego dla kadzidełek ostrego zapachu węgla drzewnego).

Bez zbędnego gadania przedstawię Wam moją kolekcję, którą planuję powiększyć w następnym tygodniu, podczas wizyty w Toruniu.







Jedno z moich ulubionych kadzidełek, kupione w Toruniu w sklepie Lokaah. Tak samo jak i kolejne należy do kadzidełek pyłkowych i ma piękny zapach - świeży, łagodny i słodkawy, który wprawia w mistyczny nastrój i pomaga przy medytacji.








Tu z kolei kadzidełka z mojej ulubionej firmy. Stamford produkuje naprawdę wysokiej jakości patyczki o ciekawych zapachach. "Spokój o północy" też jest słodkawy, ale znakomicie sprawdza się jako zapach na noc. O wiele lepiej go wtedy znoszę... Nie lubię spalać go za dnia.
Kupiłam je również w sklepie Lokaah w Toruniu.








Moje jedyne kadzidełka stożkowe wykonane przez Stamford. Dawniej miałam białe piżmo z Hema, ale skończyło się kilka miesięcy temu. Wampirza krew jest niesamowita - dość ciężka z nutami owocowymi, co nadaje jej nieco ostrego aromatu. Spalając je na pewno nie zrelaksujesz się do stanu przysłowiowej oazy spokoju. Jest raczej kadzidłem energetycznym.
Do każdego opakowania stożkowych kadzideł Stamford (innych firm z reguły też) dołączana jest metalowa, okrągła podstawka.
Stamford ma w swojej ofercie wiele "magicznych" i mhrocznych kadzidełek o fajnych nazwach (np. Demon's Lust, Angel's Touch, Wizard's Spell, Pixie's Dance i wiele innych). Jeżeli chcecie obejrzeć, poczytać lub kupić któreś z kadzidełek Stamford zapraszam Was na stronę LunaMarket.pl, skąd mam właśnie Wampirzą krew (Link bezpośrednio przenosi na katalog z kadzidełkami :) )







Zapach, który nigdy mi się nie znudzi... Miałam już z 5 opakowań opium i jak na razie jedynie zapach z Hem mi odpowiada najbardziej. Jest to normalne kadzidełko patyczkowe.




Dość nowy nabytek, jednak bardzo przydatny. Ma delikatny, nie duszący zapach.




Najbardziej duszący z mojej całej kolekcji. Nie spalam go dla przyjemności... Kadzidło Gold Rain jest kadzidełkiem intencyjnym. Zapalamy je, by przyciągnąć do siebie pieniądze. Ma naprawdę mocny, ciężki zapach. Nie polecam spalać go na noc.







Kolejne kadzidełka z serii "uspakajaczy". Ma milutką nutę lawendy i kwiatu pomarańczy. Gdzieś przez zapach przebija się tymianek.







Agarwood czyli agar... czyli drzewo żywiczne. W Indiach często wykorzystuje się korę tego drzewa do produkcji kadzideł, które wykorzystywane są do obrzędów religijnych. Powiem szczerze - jest nowe, jeszcze nie otwarte.







Kadzidełka można kupować też w większych opakowaniach. Ja posiadam trzy takie zapachowe kartoniki.







Aloes ma naprawdę piękny zapach. Nadaje się szczególnie na lato - jest świeży, lekki i nieco orzeźwiający.






Red Rose ma dość klarowny, czysty zapach, który od razu przywodzi na myśl bukiet pięknych, krwistoczerwonych, świeżo zerwanych róż. Jest przy tym dość słodki, ale myślę, że nie jest to wadą przy tym zapachu, a wręcz przeciwnie.






Jaśmin nie ma mocnego zapachu, ani w żadnym procencie nie jest słodki. To raczej zapach dobry na odświeżenie pomieszczenia. Nadaje mu ładny zapach.







Tak jak widać, trochę tego jest. Może nie aż tak dużo, ale nie trzymam pustych opakowań po zużytych kadzidełkach. Jestem ciekawa, czy Wy też lubicie od czasu do czasu zapalić sobie kadzidełka i jakie są Wasze ulubione zapachy :)



PS: ten wpis pisałam na raty przez kilka dni, więc proszę Was o wyrozumiałość.
PS2: jutro pojawi się kolejny post o bardzo ważnym wydarzeniu w moim życiu...




Stay alive and... zapraszam Was na kolejne posty :)
Obiecuję zaglądać tu częściej, wampirki

sobota, 29 sierpnia 2015

Siła Księżyca - Moc Pełni

Witam Was serdecznie,

dziś piękny dzień - pełnia księżyca! Piszę na szybko, gdyż cały dzień latam (dosłownie) ogarnięta pozytywną energią! Tak działa na mnie pełnia - mam siłę do działania, pełno pomysłów a może i nawet wenę na napisanie 10 wierszy pod rząd, ale nie mam na to czasu...



Za kilkadziesiąt minut kulminacja pełni (20:37): z każdą minutą czuję większą siłę! Może to śmieszne, ale mam tak zawsze... Niektórzy nie potrafią spać podczas nocy okalających pełnię, ja śpię wtedy jak zabita (znów dosłownie) i mam bardzo skomplikowane sny, które w następne dni atakują mnie w najmniej spodziewanych momentach. Chodzi mi o to, że powracają z nich obrazy, nie wiem po co i dlaczego, ale są... i trudno mi się ich pozbyć.







Posprzątałam pokój, by jak najlepiej przygotować się do przyjęcia księżycowej siły na następny miesiąc. Jak wiadomo czystość, nawet wyrażona w sposób dosłowny (co ja mam dzisiaj z tą dosłownością?!) ma zbawienny wpływ na intencje, rytuały i tak dalej.
Jak co pełnię będę oddawać się refleksjom i medytacji w kręgu, aby lepiej zrozumieć samą siebie oraz moje myśli. Nie ukrywam, że poszukuję odpowiedzi na kilka życiowych pytań, a księżyc zawsze obdarza Nas swoją mądrością i zsyła na Nas blask oświecenia.



DLACZEGO TA PEŁNIA JEST INNA OD RESZTY?





Odpowiedź jest bardzo prosta... Każda pełnia jest wyjątkowa i sprzyja innym sferom życia, tak samo jak nów. Tym razem jest to pełnia w Rybach, która sprzyja marzeniom. Inną sprawą jest też sprzyjający układ planet, gdyż księżyc połączy się Neptunem (duchowość, romantyzm, magia), a Słońce z Jowiszem, który pomaga spełniać życzenia.
Kolejnym aspektem jest superpełnia: dzisiejsza pełnia księżyca jest pierwszą z trzech superpełni w tym roku, kiedy to księżyc jest najbliżej naszej planety. Dzięki temu jego moc oddziałuje o wiele silniej, ale też jest bardziej widowiskowy (tarcza jest o około 30% jaśniejsza i większa o około 14%).
Jest jeszcze jedna sprawa: w tym miesiącu pełnia nosi nazwę Pełni Jesiotrów, tudzież Pełni Jęczmiennej.
Niektórzy uważają, że jest to znakomity czas na magię miłosną, inni że na poszukiwanie nowej pracy albo realizację porzuconych celów. Jedno jest pewne: to czas na spełnianie marzeń, a raczej ich przeprowadzenie ze świata sennych pragnień do rzeczywistości.

Nie musisz odprawiać rytuałów, palić kadzideł czy świeczek: wystarczy nieco dłuższa refleksja, zastanowienie się nad tym, czego musisz dokonać by dane marzenie się ziściło.





Ale pamiętaj...!!! Pierwszym krokiem do spełnienia marzenia/marzeń jest wiara w nie i pozytywne do nich nastawienie. Jeżeli będziesz uważać, że to nie ma sensu i na pewno się nie spełni to sam cofasz się na swojej drodze...

Najważniejsza jest wiara w siebie i determinacja. Dzięki temu możesz dotknąć samego firmamentu gwiazd, a moc księżyca Ci w tym pomoże.



Tak na wpół w temacie, na wpół nie...
W czasie dzisiejszej pełni polecam wysłuchać utworu:





Szczęśliwej pełni!

wtorek, 25 sierpnia 2015

Trochę o życiu i śmierci...

Witam Was serdecznie,
czasem jest tak, że masz jakiś pomysł na post. Zbierasz się od kilku dni, by to napisać - oprawiasz zdjęcia, etc., ale dzieje się coś, co nie pozwala Ci tego napisać w wybranym dniu. Wiesz, że Twoje sumienie i Twój duch nie zdzierży wpisu o koncercie, filmie, bólu nogi i brzucha...
Takie sytuacje zdarzają się dość często - szczególnie u mnie.
Dziś jest taki dzień...

Życie - niby każdy z Nas wie czym jest, ale nikt nie potrafi go zdefiniować do końca.
Śmierć - tajemnica wszechświata, której jedni się boją, drudzy fascynują, a inni do niej zmierzają na własne żądanie, albo dopada ich zbyt szybko.

I tu się rodzi pytanie: po co żyć?
Po to człowiek zaczął wierzyć w niebo i w piekło, zaczął stwarzać bajki o Królestwie, do którego pójdziesz na całą wieczność, jeżeli przez kilka lat durnej ziemskiej egzystencji będziesz "prawym" wyznawcą tego czy innego systemu religijnego...

A może trafisz po śmierci do innego ciała, kraju, w inny czas? (skłaniam się ku tej wersji i wierzę w nią całą duszą...). Jak gdybyś miał znów pracować na to, co miałeś kiedyś i rozpatrywać co i jak uczyniłeś źle. Raz bogatym dekadentem z francuskiej bohemy, raz polskim nędznikiem w szarym świecie bez barw, raz pasterką w Alpach, raz Hatszepsut, raz Baudelaire'em, raz zastrzelonym bankierem... Koło życia: narodziny, śmierć, odrodzenie, śmierć i tak dalej.

Po co żyć?
Na co i po co to wszystko? Ból codziennego istnienia? Uczucie ludzkiej ułomności i wad śmiertelnego ciała... Patrzysz na doskonałe istoty boskie: bogów, anioły, postaci nieśmiertelne; i co masz z tego? Czemu nie jestem taki jak one? Szczęśliwy, świetlisty, nieśmiertelny, wiecznie młody i piękny! Silny i potężny! Uosobienie mądrości i heroizmu...

Jak nagi robak ryję w ziemi, zależny od wszystkiego co mnie otacza: od wilgotności, od gleby, od upływu czasu, który bezlitośnie tnie moje rumiane śmiertelnością ciało. Wydaje mi się, że mogę wszystko! Że mogę być kimkolwiek chcę! ale... Jak z robaka mogę stać się błyszczącym pegazem? Upadam... i wiem, że kiedyś się nie podniosę. Nie mogę słuchać o tym, że upadek jest zwycięstwem - irracjonalne brednie. Wszyscy obok mnie - bracia zgniłej ziemi - robią to co ja. A może ja robię co oni? Jem, wydalam, oddycham... Wszyscy wyglądamy tak samo, uciekając przed czasem, który jest szybszy, tak po prostu.
Tak po prostu jesteśmy na przegranej pozycji...
Tak po prostu umieramy...
Na niczyje podobieństwo. Nie na podobieństwo aniołów, dalekowschodnich bóstw czy chrześcijańskiego Boga. Nie mamy skrzydeł, nie mamy nieograniczonej mocy.
Ułomność to wykładnik ludzki...
Ułomność to nasza potęga i przekleństwo...
Miliardy ułomnych robaków zależnych od każdego czynnika napotkanego na drodze.



Aż w końcu dopada nas ona: kochanka Śmierć, która chodzi za niektórymi jak cień, dając znaki, które nas przestrzegają. A jej małżonkiem Czas, cholerny potwór, zmuszający nas do przemierzania życia na kolanach.





A jakby tak oszukać Śmierć?
A jakby tak przechytrzyć Czas?



listopad 2012... muszę powtórzyć te zdjęcia, tym razem z lepszym fotografem





Już czuć słodki zapach, który uderza w nozdrza z siłą bomby atomowej. Oszałamia i odurza w jednej sekundzie, przyprawia o mdłości... Jak nadgniłe kwiaty - tajemniczy, okrutny, piękny i obrzydliwy zarazem. Wywołuje ambiwalentne emocje: kusi i odrzuca.
Jest jak piękne, dojrzałe, czerwone jabłko pod szklanym kloszem. Chciałbyś go spróbować, ale się boisz...

Strach - kolejna składowa ludzkiej ułomności.


Ale życie pali... Wypala do cna, przeraża może i silniej niż Śmierć, boli tysiąc razy mocniej.
Ale życie jest piękne... Może każdy z Nas jest masochistą przez ten fakt, ale chyba warto.

Warto kiedyś spojrzeć na swoje dziecko i stwierdzić, że to jest Twoje największe osiągniecie. Nie, nie szkoła, studia, praca, czy nawet dom... Tylko dziecko i jego wychowanie - cząstka Ciebie, która pozostanie, kiedy trafisz do zgniłej ziemi...


Życie to przekleństwo i dar jednocześnie...
A Śmierć nie jest zła... Jest nieodzowna dla naszych ułomnych ciał... Czasem przychodzi zbyt szybko...
Pozostaje cierpienie...
Ale czy Życie nie jest nieustannym pasmem cierpień, przetykanym szczęściem...?





I taką sentencją kończę na dziś, kochani...

Do zobaczenia kolejnym razem.

środa, 19 sierpnia 2015

Lorelei recenzuje #1: wisior z Restyle "MOON SWORD pendant"

Witam Was serdecznie!

Dziś post inny od wszystkich, otóż zdecydowałam, że czasem pojawią się tu malutkie recenzje i opinie związane z danymi produktami. Bloga zakładałam z myślą o moim miejscu, personalnym świecie przeplatanym imaginacjami i rzeczywistością. Pomimo mojej przygody z poezją, literaturą (ogólnie rzecz biorąc pisaniem) nie chciałam, by był to blog poświęcony tylko i wyłącznie mojej artystycznej pracy, więc nie mam wyrzutów sumienia, kiedy piszę coś zupełnie z tym niezwiązanego. Z głównego założenia ten blog miał opowiadać o moich przemyśleniach, pasjach, planach i pomysłach... i tak niech pozostanie.

Często zaglądam na Restyle.pl w poszukiwaniu szałowych dodatków, czy ciuchów w klimacie. Wiele z nich na długo zapada w pamięć, ale nie mam miliona złotych, by za każdym razem coś sobie sprawić, normalne. Nowa kolekcja biżuterii trafiła do sklepu bodajże 16 sierpnia (mogę się mylić, ale taka data figuruje w poście na facebooku), tego samego dnia tknięta impulsem weszłam na stronę Restyle. Od razu moim oczom ukazały się te wszystkie straszne piękności, które tylko korciły, by wydać na nie wszystkie pieniądze i obrabować bank, by je mieć.

To tak jak z pokemonami...






Pierwsze produkty, które wpadły mi w oko to kupiony wisior i pierścionek "OUIJA CURSOR". Pierścieni jednak mam dostatek, a no i moja mama zakochała się w naszyjniku. Od razu tego samego dnia (niedziela wieczór) zamówiłam "Księżycowy Miecz" i czekałam na nadejście przesyłki.

Link do "MOON SWORD pendant" na Restyle.pl → KLIK

Z racji mojej skręconej kostki wybrałam płatność przy odbiorze, dowóz kurierem "Siódemką". Strona powiadomiła mnie o 2 dniowym transporcie, a ja się już o nic nie martwiłam.
Przesyłka DOTARŁABY do mnie we wtorek koło 10 rano, ale Lorelei jak zwykle ma wyciszony rano telefon i musiałam oddzwonić do kuriera. Przyjechał troszkę później - coś przed 14. Od razu otworzyłam przesyłkę o moim oczom ukazało się dzieło sztuki... Dosłownie.









Restyle zawsze pakuje swoje produkty starannie. Naszyjnik był w folii, obtoczony na dodatek wielką połacią folii bąbelkowej, co jest na duży plus.
Misterne wzory na naszyjniku przykuwają uwagę. Na rękojeści naszego miecza dostrzegamy dwa półksiężyce zwrócone do siebie tyłem oraz środek - okrąg z małymi promieniami. Dla mnie jest to niejako nawiązanie do symbolu trzech księżyców bogini, ale mniejsza...
Nasz księżyc w pełni, czyli główna a zarazem centralna część naszyjnika, wpisana jest w trójkąt, pod którym znów widzimy półksiężyc tym razem zwrócony "rogami" do góry.







Ogólnie rzecz biorąc wisior wygląda na żywo o wiele lepiej niż na stronie. Jednak wszystko zależy od światła, jeżeli chodzi o grafikę, która została powiększona kaboszonem. Przy niektórych rodzajach oświetlenia kratery księżycowe mogą wydawać się zielone, może nie jakoś intensywnie, bardziej powiedziałabym o lekkim odcieniu ciemnej zieleni... To wszystko. Światło dzienne nie sprawia takiego złudzenia, wręcz przeciwnie. Grafika jest niebieskawa, czyli taka jaka powinna być.











Wisior jest dość masywny i ostentacyjny, więc nie polecałabym go osobom, które lubią "lekką" (pod względem wizualnym mam na myśli) biżuterię. Będą się w niej czuły ciężko i nieswojo.








Jedynym minusikiem, a raczej moją obawą jest zapięcie naszyjnika, które wydaje mi się bardzo delikatne w porównaniu do reszty, jednak mogą to być tylko obawy, a samo zapięcie może bardzo długo służyć.






Wybrałam ten naszyjnik, gdyż uwielbiam księżyc i motywy z nim związane. Kocham każdą kwadrę i żyję w rytmie księżyca, a nie słońca, pór roku czy czegoś jeszcze innego. Do księżyca mam szacunek, jak dziwnie to nie brzmi, gdyż jego blask jest wręcz magiczny, a on sam potrafi przynieść człowiekowi spokój i siłę.

Myślę, że kiedyś będziecie mogli poczytać tu więcej o moim związku z księżycem :)

A tak oto naszyjnik prezentuje się na szyi - przy max. zapięciu.







Naszyjnik jak i większość nowej biżuterii, a także ciuchy na Restyle projektuje Euflonica

Zapraszam serdecznie na podlinkowane strony, a co do zakupów na Restyle mogę powiedzieć tylko tyle - uwielbiam.

Moja ocena: 


  • cena: ★★★★☆ (45 zł za takie cudo? - warto, szczególnie, że wyglądem dorównuje niektórym produktom Alchemy Gothic)
  • obsługa sklepu/wysyłka: ★★★★☆ (bez zarzutu, jedynie cena wysyłki - jak w każdym sklepie internetowym, trochę duża)
  • projekt: ★★★★★ (nie mam nic do zarzucenia! piękności)
  • wykonanie: ★★★★☆ (piękne, jedynie niepokoi mnie zapięcie)
  • ogólna prezencja: ★★★★★ (niesamowicie pasuje do bladej cery i niebieskich oczu)






Z chęcią poznam Waszą opinię odnośnie mojego zakupu, a także nowej kolekcji biżuterii, czy zakupów na Restyle.
Trzymajcie się ciepło, wampirki V''V